Polecane Strony:

cleaningcompany.com.pl - odkurzacze przemysłowe
duks.pl - kancelaria adwokacka Gdańsk
cichonlampy.pl - oświetlenie hotelu
dreszer-adamas.pl - kancelaria prawna Łódź
aurelka.pl - zdrowe buty
Zapraszamy.
A A A

Kuracja - Perzyński

 

 

 

Do dzisiejszego dnia powtarzam, że Tolo był jednym z najmilszych ludzi, jakich znałem. Szczerze mi żal, że się tak fatalnie zmarnował, ale któż mógł był przewidzieć, że nasze najserdeczniejsze przyjacielskie intencje odniosą wręcz odmienny skutek. Dziś o Tolu można mówić, jak o umarłym. Nikt nie wie, co się z nim dzieje. Może umarł naprawdę, może siedzi gdzie w więzieniu, a może jest znów przyzwoitym człowiekiem, w innych warunkach i wśród innych ludzi, którzy nie znają jego przeszłości. Jeżeli żyje, pragnąłbym szczerze, aby to ostatnie przypuszczenie było prawdziwem.
Od czasu, gdy Tolo kręcił się po Warszawie, minęło już jakieś dziesięć lat. Był on urzędnikiem w pewnej prywatnej instytucji handlowej, ale garnął się do towarzystwa artystów i literatów. W tem środowisku go poznałem. Pierwsze wrażenie, jakie na mnie wywarł, nie było sympatyczne. Zrażał mię do siebie tem, że odrazu w pięć minut: po zawarciu znajomości zaczął mi opowiadać o swojem arystokratycznem pochodzeniu. Przytem od czasu do czasu wtrącał do rozmowy francuskie zdania, które wymawiał z błędami i jak najfatalniejszym akcentem, mimo, że jak mnie zapewniał i to z nutą pewnego rodzaju zgorszenia w głosie, w dzieciństwie, do któregoś tam roku życia, mówił w domu tylko po francusku. Ubrany był z przesadną starannością, ruchy miał wystudjowane i sztuczne i wszystko to nadawało jego postaci silnie groteskowy charakter. Chwilami słuchając jego wynurzeń, musiałem zagryzać usta, żeby nie parsknąć mu śmiechem w twarz. Owego wieczoru Tolo zawziął się na mnie. Gdyśmy wyszli z kawiarni, odprowadził mię pod bramę domu i przez cała drogę usta nie zamykały mu się ani na chwilę. Wciąż opowiadał mi historję swojej rodziny, a ponieważ, choć może nietyle bezpośrednio, co przez koligacje, splatała się ona wciąż z dziejami kraju, więc był to jakby wykład historji Polski w zarysie. I jedno musiałem Tolowi w duchu przyznać, że mimo całą swoją jaskrawą blagę, historję tę znał doskonale. Nie przekonało mię to do niego jednak i gdy przy pożegnaniu wyraził nadzieję, że odtąd będziemy widywali się częściej", moje zamiary co do przyszłego ukształtowania stosunków były zgoła inne.
Po tem pierwszem zetknięciu nie widzieliśmy się przez parę tygodni. Zapomniałem, że jakiś Tolo w Warszawie istnieje, gdy — naraz dowiedziałem się o mim rzeczy, które przejęły mię bezdennym podziwem. Mianowicie jeden z młodych malarzy, należących do tej samej artystycznej paczki, w. której obracał się i Tolo, ciężko zachorował. Na kurację potrzeba było pieniędzy. Ma się rozumieć nie miał ich ani chory, ani nikt ze szczerze oddanych mu przyjaciół. I kiepskoby się zapewne cala ta historja skończyła, gdyby nie Tolo. Miał on jakieś uskładane oszczędności: kilkaset rubli i bez wahania oddał je choremu artyście. Było to dla mnie sensacyjną wprost rewelacją. Po pierwszej naszej rozmowie i nieproszonych wynurzeniach Tola, któremi mię na początek znajomości uraczył, począłem go uważać za zwykłego chodaka, polującego po kawiarniach na pożyczki. Tymczasem było to podejrzenie najzupełniej fałszywe.
Gdy, zainteresowawszy się Tolem, począłem się o niego znajomych, którzy bliżej go znali, wypytywać, dowiedziałem się, że był on pod względem pieniężnym nieposzlakowanie uczciwym. Wogóle wszyscy mówili o nim dobrze. Był bardzo uczynny i co ważniejsze, gdy mógł przyjść komuś z pomocą, nie czekał nigdy, aby go
o nią proszono. Jeśli co można mu było zarzucić, to tylko owe wieczne kłamstwa o arystokratycznych stosunkach
i pochodzeniu, któremi zanudzał wszystkich.
W parę dni potem spotkałem Tola na ulicy. Zbliżyłem się ku niemu pierwszy i odezwałem się, ściskając go mocno za rękę.
— Zaimponował mi pan.
Tolo spojrzał na mnie z uśmiechem.
— Ja, czem? — wycedził przez zęby swoim sztucznym, nieznośnie zmanierowanym głosem. Wogóle uśmiechał się i mówił jak prowincjonalny aktor, grający w melodramacie rolę margrabiego.
— Jakto czem? — Przecież żeby nie pan, to tamtego biedaka jużby dawno djabli wzięli...
— Proszę pana — odparł Tolo (miał również zwyczaj wymawiania litery r przez nos, o ile nie zapominał o tem w zapale), kto jest jak ja spokrewniony przez matkę z Medyceuszami, ten musi mieć słabość do artystów.

Strony: 1 2 3 Następna »